Początków ciąg dlaszy

Dżoszek rósł sobie zdrowo, od czasu do czasu podgryzał buty, obficie podlewał trawniki, na których pojawiły się początkowo ciemnozielone, a później żółte kółka. Energicznie zajął się płożącymi krzewami, po których pozostało jedynie wspomnienie (wiadomość z ostatniej chwili: po dwóch latach regeneracji krzewy mają się dobrze, trawniki znacznie gorzej). Wykopał tylko dwie dziury i systematycznie je pogłębiał mimo podtykania różnych zabawek celem odwrócenia uwagi. Z niesłychaną zręcznością wydepilował wszystkie (!) cebule krokusów posadzone na trawniku (głęboko pod korzeniami trawy).

Zgodnie z zaleceniami nie biegał po schodach, a tych mamy dużo wokoło domu, tylko przemieszczał się na naszych rękach. Kiedy oczy po raz pierwszy omal nie wylazły mi z orbit, Jasiek kontynuował zalecone czynności; nie miał kłopotów z oczami, ale wysiadł mu kręgosłup. Dwudziestoparokilogramowy piesek zaczął poruszać się samodzielnie i energicznie zapoznawał się z krzewami rosnącymi na skarpie. I nie tylko z krzewami. Kocie wizytówki, których nie zdążyłam sprzątnąć na czas zaczęły znikać. A na ostrych ząbkach Dżoszka pojawiała się brązowa czekoladka. Tylko pachniało inaczej…

Po powrocie z wakacji piesek przestał mieścić się w ulubionym miejscu pod kuchennym stołem, czego przez pewien czas nie mógł zrozumieć, aż znalazł sobie lokum przy drzwiach.

A potem nastąpił koszmarny sierpień. Nie spaliśmy przez prawie trzy tygodnie, na zmianę siedzieliśmy przy kroplówkach, doktor M. przyjeżdżał i pobierał krew. Pamiętam, że zaczynała się jakaś olimpiada, a kiedy się kończyła wiedzieliśmy, że Dżosz będzie żył. Przez ten czas schudł prawie pięć kilogramów, co nie przeszkodziło mu w wymianie zębów. Jeszcze długo biegał z kloszem na głowie, obijał nim ściany i nasze nogi – posiniaczone w oryginalny wzorek.

Apetyt pieskowi dopisywał i wkrótce zaczął przypominać misia pandę. Niekoniecznie z powodu umaszczenia.

Kiedy późną jesienią spotkaliśmy się z Holly i Pokerem (brat Dżosza), po raz pierwszy padło hasło: debiut wystawowy. Tak samo nam bliskie jak propozycja występów na festiwalu w Sopocie. Skoro jednak pani Grażyna się wybiera, a Ewelina i Jarek (owi młodzi ludzie ze Związku Kynologicznego) pojadą do domu przez Rzeszów (nadkładając tak ze dwieście kilometrów) i pokażą co i jak , to może i my też weźmiemy Dżosza? We dwóch zawsze raźniej.

I tak to się zaczęło…

ATOS "O Mój Ty Smutku"
tel. kom.: 502 591 199
tel. fax.: 81 532 88 72
e-mail: atos.omts@vp.pl www.atos.omojtysmutku.com



wszystkie prawa zastrzeżone // all rights reserved atos.omojtysmutku.com © 2006-08 
projekt i wykonanie: djh@o2.pl // digmix.net™