|
Początki
Wszelkie dyskusje na temat psa kończyły się zawsze w ten sam sposób. Dzieci są za małe, absorbująca praca, mowy nie ma. A poza tym, kto go będzie wyprowadzał o szóstej rano?
Dzieci mają to do siebie, że rosną, praca nadal absorbująca stała się absorbująca jeszcze bardziej i żeby całkiem nie zwariować, należało dokonać pewnych zmian. Jasiek, znany ze swego oporu
względem czterech łap, uaktywnił się na tyle, że zaczął zabierać dzieci do sklepu zoologicznego(?!) i oscylować w kierunku żółwia (że to takie mało upierdliwe stworzonko i nie będzie przeszkadzać).
Na szczęście odwiedziła nas kuzynka – niekłamany autorytet w temacie. Przełknęliśmy profesjonalne terrarium, Jasiek wysiadł dopiero przy kuwetce z ciepłą wodą, do której należy wsadzić pupkę żółwia, żeby się załatwił.

Pierwsze w życiu spotkanie z berneńczykiem i to od razu z
Holly!
W pokoju obok śpi cały miot A w wieku dwóch tygodni!
Był rok 2003 i nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się zmieni. Praca wsysała nas coraz bardziej...
Wiosną następnego roku nie wytrzymałam i postanowiłam zasięgnąć fachowej porady (dotyczącej psa oczywiście). Terenem przeszpiegów został miejscowy oddział Związku Kynologicznego. Dyżurującą owego wtorku zakatarzoną panią naraziłam na szereg pytań o rasę psa – takiego, co to będzie spełniał moje niewielkie wymagania.
Zwierzątko miało być absolutnie łagodnego charakteru, nie za duże i nie za małe ale raczej z tych większych. Wykluczona krótka, szorstka sierść. Obfite futro powinno być miziaste, takie do głaskania i przytulania, a pies towarzyszem dla rodziny. Przy tym: nie ślinić się, nie kopać dziur w ogrodzie, nie sikać na rośliny, pachnieć umiarkowanie i nie szczekać zanadto...
Pani patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, a ja w swojej przemowie nie widziałam nic niestosownego. Człowiek przecież powinien jasno wyrażać swoje oczekiwania (tak zalecają wszystkie poradniki).
Zaabsorbowana nie zauważyłam młodych ludzi stojących obok. Chłopak włączył się do rozmowy.
- Wydaje mi się, że mam odpowiedniego dla pani psa - powiedział.
Pod koniec tygodnia zarządziłam jazdę pod wskazany adres. W całą operację wtajemniczyłam dzieci (kochane aniołki nie pisnęły ojcu ani słówka). O istnieniu berneńczyków dowiedziałam się podczas wtorkowej rozmowy. A to, jak wyglądają, wiedziałyśmy na podstawie wręczonej mi wówczas wizytówki.
- Coś mi tu pachnie psim g… (piiiiiip) - to niestety cytat z Jaśka, kiedy już dochodziliśmy do drzwi.

Prawie jak Dżosz (czekamy aż urośnie i będzie z nami za kilka tygodni).
Przywitała nas Holly. Piękna, zgrabna, łagodna. Wielki, puszysty ogon poruszał się na boki, powąchała nas i spokojnie odeszła.
W następnej chwili Jasiek
nachylał się nad małymi kruszynkami. Kiedy usiadł z dwutygodniowym Dżoszem na kolanach, Holly podeszła i polizała Jaśka dłoń. W tym momencie (znam dokładnie datę) wszyscy kompletnie zgłupieliśmy na punkcie Dżosza.
I tak nam zostało do dziś.
|